Popularne posty

czwartek, 18 sierpnia 2011

Indie, czyli jak spełniłem swoje marzenie


To nie będzie oryginalny tekst.
O podróży do Indii marzyłem od kiedy pamiętam. Marzyłem w szczególności o podróży lądem. W jedną stronę trasą południową, a później północną. Taka wycieczka wymaga jednak ładnych kilku miesięcy czasu. Z tego powodu była i jest ona nadal całkowicie nierealna.
We wrześniu 2006 roku spotkałem moją koleżankę. Podczas krótkiego spotkania pokrótce opowiedziałem jej o ukraińsko-krymskich wakacjach. Ona zaś opowiedziała mi krótko o jej wyprawie do północnych Chin. Byłem pod wrażeniem. Przed rozstaniem zapytałem, czy mógłbym się kiedyś zabrać z Jej paczką. Jak się okazało było to możliwe i w ten sposób rozpocząłem zwiedzać trochę dalszą zagranicę. Dzięki niej, jej bratu i kilku znajomym nauczyłem się w jaki sposób można samodzielnie zwiedzić świat bez korzystania z żadnego pośrednika lub operatora.
Nasza pierwsza wyprawa do Indii była etapem podróży do Tybetu przez Indie i Nepal. Wylecieliśmy do New Delhi z Warszawy przez Szeremietjewo. Już w Moskwie zaczęła się prawdziwa przygoda. Nasz samolot wylądował około godziny 14. Połączenie do Delhi mieliśmy dopiero po 20. W tym czasie, z uwagi na brak wizy, mogliśmy poruszać się tylko po strefie sklepów wolnocłowocych i po koszmarnie drogich barach i restauracjach. Z uwagi na brak nadmiaru pieniędzy pozwoliliśmy sobie tylko na jedno piwo. Szybko okazało się jednak, że było to najdroższe piwko w moim życiu jak do tej pory. W 2006 roku na Szeremietiewie był tylko jeden zegar analogowy, który był zepsuty i "robił" godzinę w 90 sekund. Było to jednak niewidoczne, jeżeli nie obserwowało się go co najmniej przez dłuższą chwilę. Poza tym były tylko jedna lub dwie tablice wylotów. Aerofłot wówczas nie wołał spóźnialskich pasażerów, nawet jeśli ich bagaże zostały załadowane do samolotu, a oni sami nie stawili się na pokład. Koniec końców Delhi uljetiał, co spowodowało nocleg na ławce na lotnisku, opłatę za przebukowanie biletu (50$) i kolejne 24 godziny w strefie tranzytowej. Z perspektywy czasu wspominam to zdarzenie z nostalgią, ale inne uczucia towarzyszyły mi tam na miejscu. Zdarzenie to sporo mnie nauczyło. Podczas kolejnych podróży kilkakrotnie byłem zmuszony oczekiwać kilka do kilkunastu godzin na połączenie albo w Moskwie albo w innym porcie. Doświadczenia te nauczyły mnie nosić w bagażu podręcznym zmianę bielizny, szczoteczkę, pastę i nitkę do zębów, polar, karimatę. Często się przydawały, a przyjęcie pozycji horyzontalnej po kilku godzinach na lotnisku przystoi nawet eleganckiemu biznesmenowi. Wówczas nawet on będzie zazdrościł luksusu jaki zapewnia karimata...
Do Delhi przylecieliśmy około 4 nad ranem. Wszyscy byliśmy koszmarnie zmęczeni, mimo komfortowych warunków w samolocie (potężny Ił 96 był prawie pusty i każdy miał do dyspozycji po 2-3 fotele). Na lotnisku okazało się że część naszych bagaży przyleciała samolotem na który spóźniliśmy się. Szczęśliwie bagaże znalazły swoich właścicieli, a my zamówiliśmy dwie przedpłacone taksówki (Tata Indica). Urzędnik z budki obsługującej taksówki sugerował, aby zrezygnować z hotelu w Old Delhi i wybrać coś w New Delhi. My jednak byliśmy nabuzowani ostrzeżeniami z przewodnika i asertywnie zażądaliśmy, aby zawieziono nas do wybranego w samolocie hotelu. Podobne obiekcje co do naszego wyboru zgłaszał pan taksówkarz, ale koniec końców, około 5 nad ranem, dotarliśmy do Old Delhi, tuż przy Jama Masjid. Stare Delhi właśnie budziło się do życia, zaś przestrogi człowieka z lotniska i taksówkarza okazały się słuszne. Wybrany przez nas hotel nie przypadł nam do gustu. Być może nie był zły, ale każdy z nas był po dwóch nieprzespanych nocach, a ja nawet więcej, gdyż przed wyjazdem musiałem wyprostować wszystkie sprawy w pracy. Już bardziej uspokojeni pojechaliśmy do New Delhi i zalogowaliśmy się w bardzo przyzwoitym hoteliku z klimą w pokojach i z ze znośnymi łazienkami. Później była kąpiel i spanie do popołudnia. Następnie udaliśmy się na pierwsze oględziny miasta.
Z Indiami jest trochę, ale tylko troszeczkę, jak z Wenecją. Jedni są nią zachwyceni i zakochani od pierwszego spojrzenia. Pozostali zaś szczerze nienawidzą tego miasta i twierdzą, że jest tam brudno, tłoczno, a kanały śmierdzą. Ja osobiście kocham Wenecję.
Tak stało się też z Indiami. Uwielbiam to lepkie przesiąknięte zapachem smrodu i orientu powietrze, nieustanny jazgot ruchu ulicznego (jakiego nigdzie indziej nie widziałem), ludzi i zwierząt (w szczególności ptaków). Ja to uwielbiam, inni wprost przeciwnie. Każdy musi dokonać rachunku sumienia i zdecydować, czy che tu przyjechać. Najlepiej przed zakupem biletu przeczytać kilka książek o Indiach, gdyż tam będzie rzeczywisty opis Indii. Nie wolno opierać się tylko na relacjach z podróży z netu. Obecnie jest sporo książek o Indiach, religiach obecnych na subkontynencie. Ja przed wyjazdem czytałem m. in. dwie książki Moroziewicza, wyłuskiwałem też indyjskie fragmenty z Kapuścińskiego (np. Podróże z Herodotem). Takie książki dają dobry obraz Indii, nawet jeśli powstały wiele lat temu, gdyż pod pewnym względami ten kraj niewiele się zmienił. Warto tu także sięgnąć po prozę np. Wydawane ostatnio powieści młodej hinduskiej pisarki Karin Desai. Te ostatnie publikacje nie są co prawda przykładem Wielkiej Literatury, ale dobrze oddają klimat Indii i stosunków społecznych tego niezwykłego kraju.
Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty w agencji organizującej wycieczki po Indiach. Mieliśmy przebywać tylko kilka dni w Indiach i było nas pięć osób, więc okazało się, że najszybszym i relatywnie tanim sposobem zwiedzenia kilku ciekawych miejsc będzie wynajęcie samochodu z kierowcą. W pierwszej agencji nie doszliśmy do porozumienia (nie wiedzieliśmy jeszcze jakie ceny oferuje konkurencja). Do porozumienia doszło natomiast doszło w agencji wskazanej w przewodniku, która była afiliowana przez rząd. Znajduje się ona w rejonie Connaught Place.
Po zawarciu umowy poszliśmy na obiad do... Chińskiej restauracji, a później zwiedzaliśmy okolice India Gate i Red Fort. Na drugi dzień rano umówiliśmy się z naszym kierowcą. Mieliśmy jechać do Jaipuru. Po powrocie z Kathamndu, na końcu wycieczki, mieliśmy jeszcze zarezerwowany czas na zwiedzenie pozostałych głównych atrakcji Delhi.
Nasz sympatyczny Pan kierowca stawił się przed naszym hotelem około 7 rano. Nasze plecaki wylądowały na dachu starej terenowej Toyoty. My usadowiliśmy się w środku. Wycieczka do Jaipuru zaczęła się od... przejażdżki po Delhi i obejrzenia budynków pralamentu, rządu i prezydenta. Wybudowali je Anglicy tuż przed opuszczeniem kolonii. Są imponujące. Niezwykle prezentuje się także parking samochodów rządowych. Same Ambasadory... Warto zrobić zdjęcie. Należy tu przyjechać o wczesnej porze, gdyż jest pusto i temperatura jest znośna.
Do Jaipuru nie jest bardzo daleko, ale ruch drogowy w Indiach to temat na odrębną opowieść. Każdy przewodnik odradza stanowczo wynajem samochodu bez kierowcy. Są to dobre rady. Bezwzględnie należy ich posłuchać. Każdy indyjski samochód, a ciężarówki w szczególności, są przyozdobione. Każdy na tyle ma napis "Please horn", "Blow horn" albo "Blow dipper at night". Klakson stanowi o wartości samochodu i samego kierowcy. Ci którzy mają słaby klakson mogą nie być zauważeni. Na każdym aucie, i nie tylko, musi być także wymalowana swastyka ? solarny symbol szczęścia, pomyślności, etc.
Tuż przed Jaipurem jest stary Fort Amber. Koniecznie trzeba go zobaczyć. Był to nasz pierwszy pałac-zamek w Rajastanie. Przy jego zwiedzaniu mieliśmy "darmowego przewodnika". Bezpłatność usługi, jak łatwo się domyśleć, polega na tym, że po zwiedzaniu wypada odwiedzić sponsora naszego przewodnika. Nasz był opłacony przez lokalny kompleks produkcyjno - handlowy, gdzie wytwarzane były dywany i prowadzono ich sprzedaż. Można było tam nabyć także sari i tkaniny, złoto, kamienie szlachetne i wiele, wiele innych rzeczy. Muszę powiedzieć, że wizyta w sklepie były bardzo interesującym doświadczeniem (później byliśmy w podobnych miejscach w Agrze i Varanasi). Szereg wyrobów tam oferowanych, a w tym konkretnym miejscu szczególnie dywany, były bardzo piękne i dobrej jakości. Niezwykły dla człowieka zachodu jest też sam sposób prezentacji. Wszyscy byliśmy podjęci masala tea (bardzo pyszna czarna herbata z mlekiem i przyprawami), a następnie przed nami były rozpościerane kolejne dywany. Każdy należało oglądać pod różnym kątem w zależności od przycięcia przędzy i kąta padania światła. Sprzedawca pokazuje także klientom wielką księgę buchalteryjną w której ma opisane wszystkie transakcje i klientów ze wszystkich stron świata. Nikt jednak nie był zmuszany do zakupu czegokolwiek. Muszę przyznać, że później żałowałem, że czegoś tam nie kupiłem, bo nie wiem kiedy będzie kolejna ku temu okazja, a zakup ładnej egzotycznej rzeczy w dobrym gatunku i w dobrej cenie cieszyłby oko każdego dnia przez wiele lat. Nie należy jednak liczyć, że kupimy coś za półdarmo. Cena będzie adekwatna do wartości. Należy się jednak targować, bo jak mnie nauczyło doświadczenie, spokojnie można zejść z ceny do około 50% wartości. Nie można także do tego podchodzić w sposób stricte biznesowy, gdyż my na takim zakupie nie zarobimy. Nie należy się oburzać, że sprzedawca będzie starał się dopasować cenę do zasobności zachodniego portfela. W Indiach mieszka bardzo wielu niezmiernie biednych ludzi. Dla nich taka produkcja i sklepy stanowią źródło utrzymania. Nic tam nie kupisz, to określony człowiek nie będzie miał dochodu, a jego rodzina źródła utrzymania. Podobnie jest np. z rikszarzami. Szczególnie ci z riksz rowerowych pracują bardzo ciężko wożąc grubasów z zachodu za niewielkie dla nas pieniądze. Czasem wprost niestosowne jest, że targujemy się w takiej sytuacji o 50 centów, podczas gdy w kraju nie sprawdzamy nawet, czy kasjerka wydała nam dobrze resztę. Osobiście zachęcam do korzystania z takich usług bez przepłacania, ale również ze świadomością, że zawsze zapłacimy więcej niż miejscowy (zresztą czy możemy oczekiwać innego zachowania po taksówkarzu w Warszawie, Krakowie lub w innym mieście w Polsce, jeżeli pasażer nie zna danego miasta?). Wizyty w takich miejscach (sklepach) są również pod pewnymi względami kształcące. Sprzedawca zachwalając swój towar nauczy nas przy okazji, jak odróżnić wyrób z prawdziwego marmuru od rzeczy plastikowej albo z miału marmurowego (sprawdzamy translucentność i zarysowujemy rewers wyrobu) albo jak sprawdzić, czy tkanina jest naturalna - co ma znaczenie w szczególności przy jedwabiu (wysnuwamy i odcinamy nitkę tkaniny i przypalamy ją zapalniczką; jeżeli wyrób jest jedwabny, to palona nitka będzie... śmierdziała jak palone włosy, natomiast jeżeli tkanina jest sztuczna, to nitka stopi się i spali jak plastik).
W Forcie Amber można także zafundować sobie wycieczkę na przyozdobionych jak na procesję słoniach. My sobie darowaliśmy. Usterkę tą nadrobiliśmy później w Nepalu.
Jaipur to miasto niezwykłe. Tętni życiem w dzień i w nocy. Jeszcze ten kolor budynków w obrębie starego miasta (Pink City). Charakter tego miejsca daleko odbiega od indyjskiej wielkomiejskości Delhi. Tu można nawiązać bardzo szybko kontakt z przechodniami, sprzedawcami ze sklepów. Każdy chce się z tobą sfotografować, nie ma też żadnego problemu z fotografowaniem napotykanych ludzi (trzeba jednak zawsze zapytać chociażby skinieniem głowy i wskazaniem aparatu; raczej nie spotkamy się z odmową).
W Jaipurze oprócz spaceru po starym mieście i okolicznych uliczkach, gdzie można podpatrzeć rzemieślników pracujących praktycznie na ulicy, należy koniecznie zobaczyć:
  1. Pałac Wiatrów (Hawa Mahal - Palace of the Winds) - prawdziwą ikonę Jaipuru.
  2. Jantar Mantar ? niezwykłe obserwatorium astronomiczne z XVIII wieku i bajkowymi instrumentami, często wielkości dużych budynków (np. największy zegar słoneczny na świecie, instrumenty do określania płci dzieci jeszcze nienarodzonych).
  3. Royal Gaitor - jest to jeszcze jedno niezwykłe miejsce w Jaipurze, które należy bezwzględnie odwiedzić. Dokonuje się tam kremacji członków miejscowej rodziny królewskiej (osobne są dla maharanis of jaipur). Wizyta w tym miejscu jest bezwzględnie konieczna. Nie ma tam zbyt wielu odwiedzających. Są natomiast wszędobylskie małpy. Poszczególne altany kremacyjne ukazują też bardzo rozbudowaną strukturę hierarchiczną rodziny królewskiej.
Po dwóch nocach w Jaiurze pojechaliśmy w dalszą drogę do Fatehpur Sikri i do Agry.
Naszym następnym przystankiem było ghost city - Fatephur Sikri. Jest ono położone około 30 km na zachód od Agry. Jest to niezwykłej urody przykład rozwiniętej architektury mogolskiej. Miasto zostało wybudowane w XVI wieku przez cesarza Akbara, a następnie szybko opuszczone z powodu braku wody. Na szczególną uwagę zasługuje wciąż otwarty meczet. Zbudowano go, podobnie jak fort w Agrze, z czerwonego piaskowca. Oślepiająco biały jest tylko grobowiec Islam Khana na dziedzińcu meczetu (zbudowany jest z białego marmuru). Wszystkie detale są niezwykle misternie rzeźbione. Dziedziniec meczetu wyłożony jest także płytami z czerwonego piaskowca, które nagrzewają się do takiej temperatury, że nie można po nich chodzić gołymi stopami (jest to meczet, a zatem przed wejściem wszyscy muszą zdjąć buty). Z tego powodu można poruszać się albo po chodnikach rozłożonych na dziedzińcu albo podcieniami wokół dziedzińca. Co ciekawe przybysza z Zachodu dziwić może luźna atmosfera panująca w tym świętym miejscu. Wierni przychodzą tu nie tylko po to, aby się pomodlić, ale także na siestę. Powszechny jest widok śpiących mężczyzn, często w bardzo niegodnych świętego miejsca pozycjach. Jak się okazuje meczet w Fatephur Sikri jest także doskonałym miejscem do handlu. Spotkaliśmy tam nawet bardzo sympatycznego sprzedawcę różnorakiej tandety, który był gotów przyjmować od nas nawet złotówki (sic!). Twierdził, że to do jego kolekcji banknotów z różnych stron świata. Ciekawe jednak, że stosował przy tym rynkowy przelicznik złotówki. W Fatephur Sikri niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu i zwiedziliśmy dokładnie jednie meczet. Będę musiał tam jeszcze kiedyś wrócić, aby zobaczyć resztę wspaniałości tego czarodziejskiego miejsca.
Do Agry dotarliśmy popołudniową porą. Zalogowaliśmy się w hotelu, a następnie poszliśmy zapoznać się z Czerwonym Fortem w Agrze. Każdy kto przyjeżdża do Agry trafi także do tego miejsca. Jest ono godne uwagi nie mniej niż główna atrakcja Agry ? Taj Mahal. Do Fortu poszliśmy, po południu, gdy słońce uwypuklało urodę tego zamku. Przed bramą kłębił się nieziemski tłum, ale ? co ciekawe ? im dalej zagłębialiśmy się w kolejne pawilony i dziedzińce tłum rozrzedzał się i w końcu zniknął. W pewnym momencie nikt już nie zakłócał nam zwiedzania. Wtedy było już po prostu pięknie. Byliśmy tam sami w scenerii jak z baśni z 1000 i jednej nocy. Niezapomniane przeżycie. Fort jest położony nad Yamuną i w oddali widać było Taj Mahal, zapowiedź tego, co czekało nas nazajutrz rano.
Wieczorem byliśmy w sklepie specjalizującym się w wyrobach z marmuru, często inkrustowanych kamykami półszlachetnymi według wzorów z Taj Mahal. Przy sklepie znajduje się manufakura w której można zobaczyć cały żmudny proces produkcyjny. Faktem jest, że mają tam ładne rzeczy w cenach, które można znacząco obniżyć. Jeśli spodoba wam się coś z rzeczy tam prezentowanych, to zalecam zakup. Szukałem później podobnych w innych miejscach w Indiach i nie znalazłem nic podobnej klasy, urody i w takich cenach. Obsługa w tym sklepie też była... kompleksowa, profesjonalna i bez zarzutu (po Indyjsku). Jak ktoś będzie zainteresowany, to mogę dać namiary (zachowałem rachunek).
Taj Mahal.
Nie ma sensu opowiadać o tym cudzie świata. Po prostu trzeba pojechać do Indii i zobaczyć magię tej budowli i otaczających ją ogrodów. Ja ograniczę się tylko do kilku informacji praktycznych:
  1. Bilet wstępu (w 2006 roku) kosztował 750 Rs, czyli około 17 USD (trzy razy więcej niż najdroższy typowy bilet wstępu do innego zabytku). Uprawniał on także do wstępu do Czerwonego Fortu.
  2. Taj Mahal jest nieczynne w piątki, bo to święte miejsce dla wyznawców Islamu.
  3. Najlepszą porą na zwiedzenie tego zabytku jest świt (Taj Mahal zbudowano z białego marmuru i przybiera on różne barwy o różnych porach dnia ? rano kontrastuje biel marmuru z błękitem nieba), albo popołudnie przed zachodem słońca (wtedy Taj robi się pomarańczowo-czerwony).
  4. Przy wejściu na teren Taj obowiązuje procedura jak na lotnisku międzynarodowym. Plecaki trzeba zostawić w przechowalni. Nie można tam właściwie niczego wnosić. Dostaje się na wejście małą butelkę wody mineralnej i ochraniacze na buty (jak w szpitalu, można je założyć i nie trzeba wtedy zdejmować butów, ale co to za wizyta w Taj Mahal, jeżeli nie stąpa się tam boso, jak wszyscy wierni ? buty trzeba zdejmować dopiero przed wejściem na platformę manzoleum). Zabieg z wodą jest sprytny, bo wymusza opuszczenie Taj Mahal w relatywnie krótkim czasie...
  5. Kamery video można używać tylko z platformy za bramą główną. Następnie trzeba ją oddać na przechowanie strażnikowi w bramie za pokwitowanie. Po całym terenie Taj można chodzić z aparatem fotograficznym i robić zdjęcia bez ograniczeń, z wyjątkiem wnętrza manzoleum. To ostatnie jest jednak najmniej interesujące.
Około południa opuściliśmy to magiczne miejsce. Ja sobie przyrzekłem, że jeszcze tu wrócę, kiedyś...
Następny przystankiem w naszej podróży był Gwalior.
Bardzo atrakcyjna jest już sama droga z Agry do Gwalioru. Po drodze mija się bardzo typowe dla Indii miejscowości, gdzie widać w jakich trudnych warunkach mieszka i żyje znaczna część tego społeczeństwa. Mijaliśmy także parkingi z ciężarówkami indyjskimi, które są po prostu nieziemsko przyozdobione. Każda ma w środku coś w rodzaju kapliczki z bóstwami, którym szczególną cześć oddaje kierowca albo właściciel samochodu. Na zewnątrz jest zaś cała feria kolorowych światełek, chorągiewek, naklejek, obrazków, napisów.... coś niesamowitego. Wszystkie to Taty albo Ashok Leylandy.
Gwalior jest sam w sobie bardzo egzotyczny. Ma nawet, niewidzianą przeze mnie w innych częściach tego kraju, odrębność motoryzacyjną. Ludzie poruszają się czymś co mi przypomina skrzyżowanie traktorka z samochodem i tuk tukiem.
Główną atrakcją miasta jest niezwykły i bardzo stary fort (średniowieczny). Jadąc tam warto zabrać latarkę, która pozwoli na zwiedzenie rozległych lochów z nietoperzami. Po drodze są też atrakcyjne buddyjskie jaskinie oraz miejsce z najstarszym na świecie zapisem cyfry ?0?.
Gwalior jest położony trochę na uboczu głównych turystycznych szlaków, dzięki temu mamy szansę na zwiedzanie fortu w samotności lub w towarzystwie okolicznej dzieciarni, która wykorzystuje zamkową cysternę jako basen pływacki. Fort jest rozległy i warto poświęcić na jego zwiedzenie nie mniej niż 2-3 godziny. Najbardziej atrakcyjna i najpopularniejsza jest część położona tuż przy bramie głównej i kasie biletowej, gdzie widoczne są osławione kafelki i zdobienia z kaczuszkami, słoniami, etc.
Z Gwalioru kontynuowaliśmy podróż do Varanasi pociągiem klasy sleeper (3AC).

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz