Popularne posty

czwartek, 18 sierpnia 2011

Drugi wyjazd do Indii - październik, listopad 2008


Moja kolejna wycieczka do Indii nie była skutkiem wolnego wyboru, ale skutkiem ceny biletu lotniczego, który był o 50% tańszy niż do destylacji do której zamierzaliśmy się udać.
W ten sposób zacząłem planować kolejne etapy podróży, która swój początek miała mieć miejsce w Bombaju i tam też formalnie miała się zakończyć. 
Dzień pierwszy - 26 października 2008 roku.
Lotnisko w Bombaju (17 000 000 oficjalnie policzonych mieszkańców, gęstość zaludnienia 29 000 osób na 1 km2) jest under reconstruction. Mimo tego odprawa przebiegła dosyć sprawnie. Tradycyjnie należało oddać kartę imigracyjną i zobaczyć się z odpowiednim funkcjonariuszem służb imigracyjnych, który miał ocenić, czy aby nie zamierzamy się nielegalnie osiedlić na subkontynencie. Tuż przed wyjściem z lotniska są całodobowe kantory, gdzie można wymienić waluty (kursy nie najgorsze, ale także i nie najlepsze, należy spytać o prowizję i opłaty od transakcji, a także zabrać kwitek, który może być potrzebny, gdy będziemy chcieli sprzedać rupie przy wyjeździe). Przed wyjściem z budynku jest też stanowisko zamawiania taksówek prepaidowych. Jest to bardzo powszechna i wygodna dla turystów, zwłaszcza tych którzy wizytują Dekan po raz pierwszy, forma dotarcia do centrum miasta lub do wybranego hotelu bez obawy wywiezienia w siną dal lub do hotelu, gdzie kierowca naszej taksówki pobiera prowizję od klientów. Pracownikowi takiego stanowiska wskazujemy miejsce do którego zmierzamy, on mówi nam cenę za kurs, który jest co do zasady stały (różnicuje go tylko wielkość samochodu i jego jakość - np. AC/non AC), płacimy wymienioną kwotę i z odpowiednim kwitem zmierzamy do taksówki. Tu pierwsza uwaga natury ogólnej w Indiach należy unikać wszelkiego typu pomocników i przypadkowych rozmówców, jeżeli tylko nie zamierzamy płacić im napiwku. Większość takich osób, nawet z pozoru bezinteresowną pomoc zakończy żądaniem uiszczenia napiwku. Zatem, jeżeli już zdecydujemy się na pomoc w pchaniu wózka z naszymi bagażami do taksówki, to wypada zapłacić odpowiedni napiwek. Tu warto mieć odpowiednią ilość drobniaków, gdyż usługa taka zazwyczaj nie jest ani ciężka, ani skomplikowana i 10 Rs w zupełności załatwia sprawę. W taksówce należy mieć pod ręką przewodnik z mapką okolicy miejsca naszego przeznaczenia i nazwą np. hotelu i należy liczyć się z tym, że taksówkarz nie będzie dokładnie wiedział dokąd zmierzamy. Będzie się wówczas pytał różnych osób o wskazanie właściwego kierunku, a wtedy nasza mapka i adres będą wielce pomocne. Po szczęśliwym dojechaniu na miejsce nie płacimy już nic taksówkarzowi i logujemy się do naszej kwatery. My na pierwsze dwie noce w Bombaju zamieszkaliśmy w Hotelu Landmark Fort (dawniej Railway Hotel), który jest zlokalizowany tuż przy stacji CSTM (Victoria Terminius - VT) i około 1km od India Gate (30-50 Rs za kurs taksówką). Hotele indyjskie klasy budżet lub midrange wyglądają nienajgorzej lub nawet całkiem dobrze od strony holu lub recepcji. Jednakże pokoje często odbiegają od ogólnych zachodnich wyobrażeń o standardzie pokoi hotelowych. Zawsze warto mieć ze sobą lekki śpiwór oraz własną poszewkę na poduszkę, które uchronią nas z kontaktem z często niedobraną do białości pościelą w hotelach lub pociągach. Należy także zabierać ze sobą plastikowe klapki lub japonki, które przydadzą się w m. in. pod prysznicem. Warto mieć ze sobą latarkę (awarie prądu) i zatyczki do uszu. Ja osobiście wymagam od indyjskiego hotelu właściwie jedynie łazienki i klimatyzacji, a co najmniej pod sufitem powinien być wentylator (fun). Nasz hotel spełniał te minimalne wymagania, choć poprosiliśmy o zmianę pokoju znajdującego się na końcu korytarza na ostatnim piętrze, gdyż za oknem jakieś indywiduum urządziło sobie ognisko ze zużytych opon. Po obowiązkowej kąpieli udaliśmy się najpierw na stację kolejową Victoria Terminius (Chhatrapati Shivaji Terminius), która jest istotnie niezwykła. Niestety do środka nie można wejść bez specjalnego zezwolenia (oczywiście nie dotyczy to samego funkcjonującego dworca kolejowego, ale tego eklektycznego i pięknego budynku). Niemniej jednak nawet zewnętrzny ogląd tej konstrukcji pozostawia niezatarte wrażenie. Sama stacja CSTM jest także niemniej interesująca. Podobno jest to najbardziej ruchliwy dworzec kolejowy w Azji, który dziennie obsługuje 2 500 000 pasażerów. Dalej nasza droga wiodła w kierunku osławionego Oval Majdan, czyli pola do gry w krykieta, odpoczynku i uprawniania innych sportów otoczonego tak znamienitymi budowlami jak uniwersytet, High Court. W pobliżu znajduje się także bardzo znane kino Eros (naprzeciwko stacji Churchgate), drugi bardzo znany przybytek 10tej muzy to kino Regal, które znajduje się niedaleko India Gate na początku ulicy Causeway przy Regal Circle w Colaba (a przecież wizyta w kinie w Bombaju powinna być obowiązkowym punktem programu pobytu w tej metropolii ? cena biletu do kina nie powinna przekroczyć 150 Rs, czyli bardzo dużo jak na warunki indyjskie). Po drodze mijamy m. in. Flora Fountain oraz budynki świadczące o kolonialnej świetności tego miasta i o bogactwie tej kolonii oraz całego imperium. Obecnie te pozostałości, większości przypadków, domagają się renowacji, gdyż są po prostu w typowo indyjski sposób zapuszczone. Zarówno uniwersytet jak i High Court są warte zobaczenia. Do budynku sądu można wejść od tyłu zostawiając sprzęt fotograficzny w depozycie u strażnika. Można swobodnie poruszać się po budynku, a w tym wchodzić na sale rozpraw. W kampusie z pewnością warto zajrzeć do czytelni ( na lewo od bramy od strony Oval Maidan) oraz do kaplicy (na prawo od wejścia od Oval Maidan). Następnie, już śmiertelnie wycieńczeni, podróżą z Warszawy i spacerem, udaliśmy się w kierunku India Gate, która całkowicie rozczarowuje. Wśród niebotycznego tłumu miejscowych zwiedzaczy i sprzedawców gigantycznych balonów (sic!) sama budowla prezentuje się nadzwyczaj mizernie. Tuż obok znajduje się słynny hotel Taj Maral (wybudowany przez słynnego Tate, gdy nie został wpuszczony do jednego z kolonialnych hoteli dla białych ludzi). Następnie przespacerowaliśmy się po Colabie, zjedliśmy nasz pierwszy indyjski obiad (Chicken Tikka Masala z ryżem, mango lassi, banana lassi i sokami ze świeżych owoców) i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do naszego hotelu.  Opisując nasz pierwszy spacer po Indiach należy wspomnieć, że należy zachować najwyższą ostrożność przy przechodzeniu ulicy, nawet na pasach i nawet na zielonym świetle. Trzeba pamiętać, że to nie są nawet Indochiny, gdzie morze skuterów ominie przechodnia spokojnie przekraczającego jezdnię. Tutaj pieszy nic nie znaczy dla kierowcy samochodu i nawet dla powożącego tuk tukiem. Wystarczającym memento niech będą liczne sklepy z protezami kończyn i innymi sprzętami ułatwiającymi życie osobom niepełnosprawnym fizycznie.
Dzień drugi - 27 października 2008 roku.
Po śniadaniu (wliczonym w cenę hotelu, co jest niezwykłą rzadkością w indyjskich hotelach tej klasy) poszliśmy na stację kolejową Churchgate i pociągiem pojechaliśmy obejrzeć słynne Mahalaxmi Dhobi Ghat (wasching ghats), czyli - jak mówi nasz przewodnik - największą na świecie pralkę napędzaną siłą ludzkich mięśni. Po wyjściu ze stacji Mahalaxmi należy udać się na lewo i po kilkudziesięciu metrach po lewej stronie pod wiaduktem ukazują nam się wasching ghats. Pralnie należą do gminy i można tam wchodzić. Nie wolno jednak na terenie robić zdjęć i jedynym właściwie dobrym punktem do zrobienia zdjęcia jest zejście z wiaduktu. Przy poruszaniu się wąskimi przejściami spotkamy się z jawnymi przejawami sympatii, ale musimy tym ludziom i ich ciężkiej pracy także okazać szacunek, np. podając dłoń, gdy będą chcieli nas powitać. Możemy w tym miejscu spotkać także drobnych naciągaczy, który będą nas wypytywać o pozwolenie na wejście. Tymczasem żadnego pozwolenia posiadać nie musimy i należy ich stanowczo ale taktownie zbyć. Spacer po wasching ghats w Bombaju z pewnością pozostawi na nas niezatarte wrażenie. Jest to zupełnie inny widok i zjawisko od kobiet piorących bieliznę w rzekach w praktycznie każdej miejskości w Indiach. Mahalaxmi Dhobi Ghat jest zjawiskiem, które należy zobaczyć i zapamiętać. Opuszczeniu wasching ghats udaliśmy się w kierunku stacji, ale minęliśmy ją, przeszliśmy ulicę i skręciliśmy w lewo w kierunku Hai Ali,s Mosque. Aby do niego dotrzeć trzeba pokonać dystans około 1,5-2 km. Po drodze jednak będziemy przechodzić obok jednego z niezliczonych osiedli slumsów w Bombaju, a więc warto przyjrzeć się w jakich warunkach ludzie tam mieszkają i błogosławić fakt, ze los pozwolił nam urodzić się pod inną szerokością geograficzną. Meczet jest wybudowany na skale kilkaset metrów od brzegu i prowadzi do niego specjalnie wybudowana grobla. Niestety gdy tam szliśmy był akurat odpływ i zamiast fal morza Arabskiego wiedzieliśmy tylko brudy i śmieci na dnie oraz tłumy wiernych i żebraków różnej maści. Skoro dotarliśmy już tak daleko, to postanowiliśmy sprawdzić jak prezentuje się Mahalaxmi Temple. Jest ona usytuowana w niewielkiej odległości od Haji Ali's Mosque i z pewnością warta jest zobaczenia. Tu uwaga praktyczna: nie należy oddawać butów do odpłatnych przechowalni, które zaczynają się kilkadziesiąt metrów przed właściwą świątynią, ale dopiero przy schodach, przy oficjalnych strażnikach. Po wizycie w Mahalaxmi Temple wynajęliśmy taksówkę, aby dojechać do starożytnego Banganga Tank. To starożytne i bardzo ważne miejsce jest zaśmiecone i zaniedbane. Warto tu jednak przyjechać, gdyż jest tu bardzo spokojnie i nie ma tu właściwie żadnych turystów. Polecam spacer wokół zbiornika i po okolicznych zaułkach, gdzie możemy podpatrzeć prawdziwe życie hindusów i gdzie nikt nie będzie nas zaczepiał z kolejną niesłychaną ofertą: ?hello my friend, look, I have a good price for you?. Następnym naszym przystankiem była osławiona Chowpatty Beach. Byliśmy tam już w okolicy zachodu słońca, gdy jest tam chyba najprzyjemniej, gdyż kąpiel w tym miejscu w morzu Arabskim jest stanowczo odradzana. Przyjemnie było posiedzieć w spokoju na plaży i obserwować przechodzących ludzi, tak innych od nas i zarazem tak do nas podobnych. Po zmierzchu poszliśmy Chowpatty Seaface i Marine Drive w kierunku Churchgate Railway Stadion, złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy w kierunku Colaba w poszukiwaniu jedzenia. Tak zakończył się nasz drugi dzień w Bombaju.
Dzień trzeci - 28 października 2008 roku.
Tego dnia po śniadaniu musieliśmy zwolnić nasz pokój, gdyż zamierzaliśmy jechać nocnym pociągiem do Jalgaonu. Na szczęście w naszym hotelu, każdym na naszej drodze, można było, bez dodatkowych opłat, zostawić bagaż, a nawet wziąć prysznic. Po opuszczeniu hotelu pojechaliśmy pod India Gate, aby popłynąć na Elephanta Island. Rejs zajmuje około 1 godziny w jedną stronę. Cena biletu wynosi około 100-120 Rs zależnie od ?klasy statku. Na niektórych statkach trzeba dodatkowo dopłacić za prawo pobytu na górnym pokładzie. Na wyspie znajdują się jaskinie, które są miłym wprowadzeniem w temat przed odwiedzeniem Ajanta Caves i Ellora Caves - dokąd zmierzaliśmy. Wyspę zamieszkują także małpy, które czasem są na tyle bezczelne, że zabierają turystom słodycze lub banany. Resztę dnia spędziliśmy na wałęsaniu się po okolicach Colaby i na zgłębianiu tajników dworca CSTM, aby nie spóźnić się na nasz pociąg. Indyjskie pociągi i dworce kolejowe zasługują na odrębne omówienie, co nastąpi częściowo w niniejszym opowiadaniu, a kompleksowo temat postaram się omówić w zakładce "porady". Koniec końców udało nam się szczęśliwie ulokować w Kolkota Mail w naszym luksusowym, jak na warunki indyjskie, dwuosobowym przedziale w klasie 1A, gdzie spędziliśmy następne 6 godzin w czasie podróży do Jalgaon.
Dzień czwarty - 29 października 2008 roku.
Na dworcu w Jalgaon wysiedliśmy około 04.15 nad ranem. Była jeszcze ciemna noc. Wynajęliśmy tuk tuka (około 30 Rs) na dworzec autobusowy. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu. Pierwszy autobus w kierunku Aurangabadu i T-junction odjeżdżał o 06.00. Mieliśmy więc sporo czasu dla siebie i na obserwowanie nocnego dworcowego życia. Byliśmy jednak już w takiej okolicy, że biały człowiek stanowi nielada atrakcję. Z tego względu to raczej my stanowiliśmy swoiste zjawisko i centrum uwagi. Z tego wszystkiego gdy autobus został podstawiony ledwo udało nam się zająć w nim miejsca siedzące. Muszę tu dodać, że miejsca siedzące mieliśmy zarówno my, jak i nasze plecaki (w autobusie nie było bagażnika), a mimo tego i okropnego ścisku nikt nie kazał nam przestawić naszych bagaży z siedzeń na podłogę. To zresztą byłoby dosyć trudne zważywszy na ilość pasażerów. Ten fragment naszej wyprawy był bardzo ciekawy, gdyż za oknem był ciemna noc, przystanki były zagadnieniem dosyć umownym (autobus zatrzymywał się tyle razy ile razy ktoś chciał do niego wsiąść albo wysiąść), a my mieliśmy mapę tylko w dużej skali oraz przewodnik. Jednakże nasi współpasażerowie byli bardzo uprzejmi, mimo że rozsiedliśmy się na czterech miejscach) i udzielali nam szczegółowych rad, kiedy będziemy mijali Fadarpur i kiedy należy wysiąść do Ajanty (T-junction za Fadarpurem). W ten sposób po godzinnej jeździe byliśmy na miejscu około 07.00. Tymczasem jaskinie są otwierane od 09.00. Mieliśmy więc bardzo dużo czasu, aby zaprzyjaźnić się ze wszystkimi sprzedawcami z pobliskiego shopping plaza oraz aby zjeść po masala dosa w jednej z budek w tymże, bardzo ekskluzywnym jak na Indie, przybytku. Do Ajanta Caves warto przyjechać rano, gdyż mają one ekspozycję wschodnią i przed południem będziemy mieli najlepsze światło oraz mało turystów. Warto również zapamiętać, że jaskinie są zamknięte w poniedziałek. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że indyjskie zabytki cechują się bym, że wstęp dla cudzoziemców jest zazwyczaj kila, a nawet kilkadziesiąt razy droższy niż dla Indian. Przyjmując jako kryterium cenę wstępu dla cudzoziemca zabytki indyjskie można podzielić na Taj Mahal (gdzie bilet wstępu w 2006 roku kosztował 750 Rs, czyli 15-18 $), na zabytki ważne, gdzie wstęp kosztuje 250 Rs (czyli około 5-6 $) - do tej kategorii należą m. in. Ajanta Caves, Ellora Caves, Humajun's Tomb, Qtb Minar, Hampi, na zabytki mniej ważne, gdzie bilet wstępu nie przekracza 100 Rs oraz pozostałe, gdzie wejście jest darmowe lub symboliczne. Co ciekawe z tego punktu widzenia do tej ostatniej kategorii zaliczają się m. in. highlits jak świątynie w Halebidu i Belur. Ajanta Caves to miejsce w Indiach może nie tak znane jak Taj Mahal, a nawet chyba mniej popularne niż pobliska Ellora. Jednakże jest to miejsce, które bezwzględnie należy odwiedzić. Jest tu zlokalizowanych 30 jaskiń, które związane są wyłącznie z tradycją buddyjską. M. in. ta okoliczność odróżnia to miejsce od Ellory, gdzie znajdziemy świątynie Jainskie, hinduistyczne, jak i buddyjskie. Jednakże w Ellorze jaskinie buddyjskie są najbardziej skromne i sprawiają wrażenie nieukończonych. Jaskinie w Ajanta są też znacznie starsze, bo powstawały od około II stulecia przed Chrystusem do V wieku naszej ery. Po zwiedzeniu jaskiń ulokowaliśmy się w restauracji przy wejściu na teren wykopalisk i zjedliśmy małą hinduską przekąskę, a następnie poszliśmy szukać jakiegoś środka lokomocji do Aurangabadu. Z uwagi na fakt, że mieliśmy ze sobą plecaki nie udało się nam zmieścić do autobusu i wynegocjowaliśmy przystępną cenę za samochód z kierowcą. Mając na względzie temperaturę i odległość od Aurangabadu (100 km i 2 godz. jazdy samochodem) było to chyba całkiem szczęśliwe rozwiązanie. Zresztą nawet nie tak drogie, bo przejażdżka ta kosztowała 1 000 Rs.
Dzień piąty - 30 października 2008 roku.
Aurangabad okazał się być typowym milionowym miastem indyjskim, bez chodników, z tuk tukami, potężnym ruchem ulicznym i właściwie jedną atrakcją turystyczną - Bibi Ka Maqbara (Poor Man's Taj Mahal). My obejrzeliśmy sobie jeszcze Panchakki (starożytny młyn wodny) i podarowaliśmy sobie Aurangabad Caves. Następnie pojechaliśmy do Ellory. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od jaskiń Jainskich (Nr 30-34), które - oprócz Kalisa Temple - są, moim zdaniem, najbardziej atrakcyjne. Poziom artystyczny rzeźbień jest niewątpliwie bardzo wysoki i są to świątynie ukończone. Kolejny raz udało nam się być tam prawie w samotności, co dodatkowo potęgowało atmosferę niezwykłości, tajemnicy i mistycyzmu. Jednym słowem przechodziliśmy z jednej komnaty do drugiej mając poczucie obecności sacrum. Największą świątynią i zarazem najbardziej znaną jest w Eloorze Cave No 16 - Kailasa Temple. Jest to również największa monolityczna konstrukcja (właściwie rzeźba) na świecie, która jest datowana na VIII wiek naszej ery. Niestety świątynia ta doświadczyła także znacznych uszkodzeń detali zdobień. Jednak nadal jest to imponujący monument. Tylko w tm obiekcie spotkaliśmy większą liczbę zwiedzających. Zupełnie jakby większość zwiedzających, rekrutujących się z większości z Indian, ograniczała swoją uwagę tylko do tego obiektu. Reasumując nasze wrażenia, Ellora jest niewątpliwie miejscem które każdy szanujący się podróżnik must see nie tylko w obrębie Maharashtry, ale w Indiach w ogóle. W drodze powrotnej z Ellory zawitaliśmy jeszcze do Fortu Daulatabad. Zdołaliśmy wspiąć się na sam szczyt, gdzie rozpościera się imponujący widok na okolicę. Fortyfikacja ma dużym stopniu naturalny charakter i doskonale wykorzystuje wzniesienie, naturalne pionowe skalne urwiska i elementy fortyfikacji wzniesione przez człowieka. Trzeba wspomnieć, że droga na sam szczyt jest dosyć intensywna, bo trzeba pokonać znaczną różnicę wzniesień (w znacznej części po źle zaprojektowanych schodach). Osobiście zalecam zabranie na wycieczkę do Fortu latarki, gdyż część drogi trzeba pokonać w ciemnych korytarzach z uwieszonymi pod sklepieniem popiskującymi nietoperzami. Po powrocie do Aurangabadu resztę dnia spędziliśmy w restauracji oraz w sklepie z jedwabiami. Jednakże produkty oferowane przez sprzedawcę nie przeszły testu na naturalność jedwabiu, a dodatkowo sprzedawca prezentował wyjątkowo sztywne stanowisko negocjacyjne w kwestii ceny swoich produktów. Około 22.00 wsiedliśmy do nocnego pociągu, który zawiózł nas aż do Secunderabadu (Hyderabad/Secunderabad) w Andhra Pradesh.
Dzień szósty - 31 października 2008 roku.
Na ogromnym dworcu kolejowym w Secunderabadzie wysiedliśmy około 06.00 rano. Nasz hotel znajdował się w Hyderabadzie w związku z tym za około 100 Rs wynajęliśmy tuk tuka, który zawiózł nas w rejon Abdis (nieopodal stacji kolejowej Nampally). Hyderabad/Secunderabad to wielka metropolia z około 6 000 000 oficjalnie policzonych mieszkańców. Ilekroć jestem w Indiach mam jednak nieodparte wrażenie, że tch niepoliczonych mieszkańców tego wielkiego kraju jest co najmniej drugie tyle. Takie wrażenie miałem także w Hyderabadzie. Hyderabad jest metropolią w rozumieniu Indyjskim z wszystkimi tego wadami i zaletami. Hyderabad dał nam poczucie całkowitej egzotyki, z tym zastrzeżeniem, że to my we dwójkę byliśmy w tym mieście egzotyką. To my zwracaliśmy uwagę, na fotografowano, do nas się uśmiechano, podawano rękę, pytano co u nas słychać. Miałem wrażenie, że jesteśmy jedynymi białymi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nie było to jednak uczucie negatywne. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Nigdy nie zapomnę wieczornej wizyty w restauracji, gdzie po raz pierwszy widziałem, jak muzułmanki odsłaniały twarze do posiłku, a później na powrót zakładały zasłony pozostawiając jedynie oczy i dłonie dla publiczności. Jednocześnie nie spotkałem się z żadnym jakimkolwiek przejawem wrogości. Ta egzotyka może być tylko po pewnym czasie trochę męcząca, gdy kolejna osoba zgłasza się z prośbą o wspólną fotografię, a ty wahasz się pomiędzy grzeczną odmową albo kolejną fotą z tobą w roli głównej. Zwiedzanie Hyderabadu rozpoczęliśmy od odwiedzenia bardzo nastrojowych royal tombs of Qutb Shahi kings oraz Golconda Fort. Oba zabytki niewątpliwie należą do highlights tego miasta. W mojej ocenie niewątpliwie bardziej atrakcyjne są królewskie grobowce. Podczas ich zwiedzania ponownie poczuliśmy się jak odkrywcy, bo i w tym niezwykłym miejscu byliśmy sami. Golconda Fort jest położony w pobliżu i organizując rikszę warto umówić się na jeden kurs z wliczonym oczekiwaniem. Fort cieszy się natomiast znacznie większą popularnością wśród miejscowych turystów przez to należy sobie zarezerwować odpowiednio więcej czasu z uwagi na zainteresowanie jakie będziemy budzić podczas zwiedzania ruin. Sam Fort jest nadzwyczaj dobrze zagospodarowany i utrzymany. Jest tu czysto, są zielone trawniki, za prawdę elegancja w porównaniu z żywiołem znajdującego się poniżej Hyderabadu. W drodze powrotnej z Fortu poprosiliśmy o wysadzenie nas w rejonie Laad Bazar i Char Minar. Tu czuje się prawdziwy orient. Hyderabad to miasto w moim odczuciu bardziej muzułmańskie niż hinduskie (przynajmniej w tych jego częściach, które zwiedzaliśmy). Nie bez powodu po uniezależnieniu się od metropolii w Londynie ten rejon kraju ciążył ku islamskiemu Pakistanowi. W rejonie Laad Bazar jest wszystko czego można oczekiwać po prawdziwym orientalnym bazarze. Jest mrowie ludzi, kobiety z osłoniętymi twarzami, wąskie sklepiki z matami do siedzenia, niesłychana kolorystyka oferowanych tkanin i biżuterii. Char Minar to rodzaj bramy lub wieży wyznaczającej centrum miasta wybudowanego przez panującą dynastię po porzuceniu fortecy Golconda. Nieopodal znajduje się Mecca Masjid, który nawiązuje stylem to mogolskich meczetów na północy kraju (Jama Masjid w Delhi lub Fatehpur Sikri). Co ciekawe nawet niewierni mogą wejść na jego teren w czasie trwania modlitw, jeżeli tylko nie będą wchodzić z dziedzińca do właściwego meczetu. Niezależnie od tego ograniczenia zaśpiew muezina dobywający się z minaretu tej świątyni ma magiczną moc i wprost mrozi krew w żyłach. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale islam ma w sobie coś co mnie bardzo pociąga. Może to z tego powodu tak bardzo ciągnie mnie na Wschód. Z rzeczy ciekawych tego dnia udowodniono nam ostatecznie, że tuk tuki to bardzo niebezpieczne środki lokomocji. W szczególności, gdy kierowca jest pijany. Na szczęście nikomu, z wyjątkiem pojazdu i wysokiego krawężnika, nic poważnego się nie stało. Jak się wkrótce okazało to nie był koniec naszych przygód z trójkołowymi pojazdami.
Dzień siódmy - 1 listopada 2008 roku.
Drugi dzień naszego pobytu w Hyderabadzie rozpoczęliśmy od wycieczki do biura Thomasa Cooka celem wymiany funtów na rupie i pobytu w kafejce internetowej przy Nampally Railway Station. Tam też wynajęliśmy kolejnego tuk tuka na wycieczkę nad jezioro, aby przyjrzeć się wielkiemu posągowi Buddy stojącemu na wyspie na środku jeziora. Gdy już pokłoniliśmy się posągowi księcia Siddharthy Gautamy i jechaliśmy do Chowmahalla Palace przydarzyła się nam druga kraksa w tuk tuku. Tym razem zawiodły hamulce i nasz trójkołowiec odbił się od motocykla i wylądował na zderzaku stojącego przed nami samochodu. Na szczęście i tym razem nie było ofiar. Motocyklista nawet nie zauważył zdarzenia. Lekkie zdenerwowanie udzieliło się tylko kierowcy uszkodzonego samochodu. Jednakże w Indiach w zasadzie zbiór samochodów nieuszkodzonych jest pusty, a zatem i nasz poszkodowany po kilku chwilach znacząco się uspokoił. My dojechaliśmy inną rikszą do pałacu. Kompleks pałacowy jest dosyć rozległy i jego obejrzenie zajmuje kilka chwil. Obok samej architektury ciekawa była np. ekspozycja portretów i fotografii kobiet miejscowej rodziny królewskiej obejmująca XIX I XX wiek. Po opuszczeniu pałacu poszliśmy już tylko na dosyć wystawny obiad do restauracji Palace Heights Restaurant & Bar. Choć ceny nie są tam najniższe warto tam pójść chociażby dla widoków jakie rozpościerają się z okien (lokal mieści się 8 piętrze budynku, który znacząco góruje nad całym miastem). Jakkolwiek jedzenie jest, w mojej ocenie bardzo smaczne. Cena za obiad dla dwóch osób z przystawkami, napojami (bez alkoholu) i napiwkiem wyniosła ok. 1 000 Rs. Hyderabad opuszczaliśmy wieczornym pociągiem do Hospet ze stacji Kacheguda.
Dzień ósmy - 2 listopada 2008 roku.
Po przyjeździe do Hospet od razu wsiedliśmy do tuk tuka I pojechaliśmy do Hampi. Nasz hotel mieścił się w rejonie Bazar i miał uroczą restauracyjkę na dachu z której rozpościerał się piękny widok na Virupaksha Temple i jej główną gopuram. Niestety zaplanowaliśmy tylko jeden nocleg w tym uroczym miejscu, a to zdecydowania za mało. Dwa dni wystarczą co prawda na obejrzenie najbardziej spektakularnych zabytków, ale zabrakło czasu na eksplorację dziesiątek pozostałości po państwie Vandziajangara, które są rozsiane po okolicy. Na nasze nieszczęście w dzień naszego wyjazdu rozpoczynał się w Hampi ogromny festiwal i z tego powodu mieliśmy utrudniony wyjazd do Hospet (przyjeżdżał lokalny rząd i droga miała być zamknięta) oraz wyższe ceny u właścicieli riksz. Nie zmienia to faktu, że Hampi jest atrakcją na skalę światową i z pewnością warte jest zobaczenia. Trudno tu opisywać wspaniałości jakie czekają na nas w Vittala Temple, nastrój jaki panuje w Virupaksha Temple (polecam zwiedzenie świątyni także po zmroku, gdy można tam wejść swobodnie, gdy praktycznie nie ma zwiedzających ani wiernych). Polecam także rejs okrągłą łódką po rzece, która pozwoli nam zobaczyć Hampi z zupełnie nieznanej strony, a w tym kilka świątyń, które są pod powierzchnią wody w czasie monsunu i można do nich trafić tylko z miejscowym przewodnikiem.
Dzień dziewiąty - 3 listopada 2008 roku.
Tego dnia kontynuowaliśmy zwiedzanie Hampi, a w tym mnóstwa mniej znanych świątyń i dawnych pałaców. Mieliśmy jednak do dyspozycji czas tylko do około 14. gdyż później miała być zamknięta droga z uwagi na wspomniany powyżej festiwal i lokalnych notabli. Przez to dosyć wcześnie pojechaliśmy do Hospet, gdzie mnóstwo czasu spędziliśmy w restauracji racząc się jedzonkiem, King Fisherem, sokami i lassi. Mogliśmy także przyglądać się kobietom robiącym pranie w klasyczny indyjski sposób nad rzeką oraz dzieciakom kąpiącym się w tejże rzece i wyczyniającym cyrkowe sztuczki przed obiektywem naszego aparatu. Hospet opuściliśmy wieczornym pociągiem do Bangalore.
Dzień dziesiąty - 4 listopada 2008 roku.
Do Bangalore przyjechaliśmy około 06.00. Nawet nie opuszczaliśmy jednak dworca kolejowego, gdyż o 07.30 mieliśmy pociąg do Mysore, który był kolejnym przystankiem w naszej podróży. Powolny pociąg przywiózł nas do tego królewskiego miasta około 11 godziny. W Mysore od razu rzuca się w oczy istotna różnica pomiędzy tym miastem, a innymi, które do tej pory oglądaliśmy w Indiach. Miasto jest czyste i uporządkowane. Ulice są przejrzyście rozplanowane, mniejszy jest ruch uliczny, a ulice mają chodniki. Ludzie są przyjaźni i mniej narzucający się. Miasto i jego ludzie od razu przypadli nam do gustu. W Mysore warto jest obejrzenia Maharaja?s Palace (nieprawdopodobna budowla) oraz bazary. Co ciekawe sprzedawcy są przygotowani już na konkretne nacje. Podczas spaceru po straganach zostaliśmy zaczepieni po polsku, następnie tym zwabieni do sklepiku, co skończyło się kilkoma masala tea (pyszne, prawdziwe, nie takie jak w restauracjach dla turystów) i zakupem kilku zapachów (ekstraktów kwiatowych i kompozycji). Nawet jeśli nas naciągnięto, jeżeli przepłaciliśmy, jeżeli zapachy są syntetyczne lub zrobione na bazie oleju migdałowego, to uważam, że było warto wydać tu i w taki sposób kilkanaście dolarów. Co ciekawe, Mysore słynie z wyrobów z drewna sandałowego. Nam jednak nie udało się znaleźć nic ciekawego. Może zbyt późno zaczęliśmy poszukiwać właściwego sklepu (część sklepów jest zamykana dosyć wcześnie). W Mysore warto pamiętać, że większość atrakcji, z wyjątkiem wzgórza Chamundi, zlokalizowana jest w niewielkiej odległości i warto urządzić sobie spacer zamiast korzystać z tuk tuka. W Mysore proponowano nam także samochód na wycieczkę do Halebidu i Beluru (ok. 150 km w jedną stronę) za cenę 1 600 Rs, co jest ceną bardzo przystępną (w Hassan za taksówkę do Halebidu i Beluru z nieuprzejmym kierowcą, który podwyższył cenę w trakcie podróży, zapłaciliśmy 700 Rs). Jednak my mieliśmy kupione przez Internet bilety na ranny autobus do Hassan więc nie skorzystaliśmy z oferty.
Dzień jedenasty - 5 listopada 2008 roku.
Po opuszczeniu naszego hoteliku poszliśmy na ranny autobus do Hassan. Na dworcu informacje były tylko w lokalnym języku, co zmusiło mnie do szczegółowego dopytywania się o nasz autobus. Co ciekawe w Karnatace można ze znacznym wyprzedzeniem kupić bilety na większość dalekobieżnych autobusów i dzięki temu, oraz wczesnemu stawieniu się na dworcu, mieliśmy zagwarantowane miejscówki. Sama podróż przebiegała bardzo szybko i przyjemnie. Po przyjeździe do Hassan znaleźliśmy taksówkę i było to jedyne rozczarowujące spotkanie z Indianinem w czasie całej naszej podróży. Na początku ustaliliśmy cenę za podwiezienie nas do hotelu, oczekiwanie aż zjemy śniadania, wycieczkę do Halebidu i Berluru oraz powrót do Hassan. Po zabraniu nas z hotelu taksówkarz powiedział jednak, ze oczekiwanie pod hotelem nie było wliczone w cenę i z tego powodu żąda podwyżki. Wywiązała się ostra sprzeczka, ale w końcu nie przyjechałem tam, aby kłócić się naszym typkowatym kierowcą i przystaliśmy na jego warunki. W każdym bądź razie następnym razem do Halebidu i Beluru pojadę samochodem z Mysore albo autobusem z Hassan. Najpierw pojechaliśmy do Halebidu. Jest tam tylko jedna świątynia z XII wieku. Ale jaka? Wprost nie ma słów, aby opisać niezwykłość, piękno i wyrafinowanie zdobień rzeźbiarskich tej świątyni. Niewątpliwie poziom artystyczny zdobień świątyni w Halebidzie stoi na najwyższym poziomie i nie dorównuje mu nic co tym razem w Indiach widzieliśmy. Kilkanaście kilometrów dalej jest położony Belur. Ma on już inny charakter niż Halebid. Kompleks świątynny jest większy i liczy więcej obiektów. W moim prywatnym odczuciu poziom artystyczny zdobień świątyń w Belurze stoi o szczebel niżej niż tej w Halebidzie. Gdy byliśmy w Belurze nasz jego odbiór był też zdeterminowany tym, że odbywały się tam nabożeństwa. To przydawało mu niepowtarzalnego charakter żywej świątyni. Tak czy inaczej świątynie w Belurze i Halebidzie stanowiły kulminację naszej podróży i były prawdziwym prezentem. Lakoniczny przekaz naszego przewodnika spowodował, że tego dnia czułem się trochę jak Forest Gump przy wyjadaniu bombonierki. Na każdym kroku, za każdym załomem muru oczekiwała na mnie kolejna niespodzianka, kolejna nagroda. Halebid i Belur to miejsca, gdzie z pewnością pragnę wrócić. Po powrocie do Hassan reszta dnia upłynęła nam na wałęsaniu się po restauracjach i zaułkach tego względnie mało ciekawego miasta. 6 listopada 2008 roku o godzinie 01.45 mieliśmy pociąg do Bangalore.
Dzień dwunasty - 6 listopada 2008 roku.
6 listopada 2008 roku upłynął nam na przemieszczaniu się z Hassan do Bangalore, a następnie samolotem na Goa. W Bangalore byliśmy po raz drugi i po raz drugi właściwie nie opuszczaliśmy okolic dworca kolejowego. Samolot mieliśmy co prawda dopiero o ok. 15., ale czasu i tak było zbyt mało na poważne zagłębienie się w tej metropolii liczącej ponad 6 000 000 mieszkańców. Koniec końców zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy luksusowym autobusem na oddalone o około 40 km lotnisko. Warto tu wspomnieć, że autobus kosztował nas 250 Rs i był klimatyzowany i nowiutki. Przystanek autobusów na lotnisko mieści się niedaleko wyjścia głównego z dworca kolejowego. Aby tam trafić należy wyjść z dworca głównym wyjściem, przejść prosto wśród taksówek i tuk tuków (taksówkarze żądają za kurs na lotnisko 1 000 Rs), przejść przez przejście podziemne (bardzo przykre doświadczenie dla zmysłu powonienia) i po przejściu kilkudziesięciu metrów zejść na dół odpowiednim ślimakiem (z kładki autobusy na lotnisko powinny być widoczne po prawej stronie na dole, są zazwyczaj czerwone i ustawione równolegle do kładki). Lotnisko w Bangalore jest imponujące. Z pewnością w Polsce nie ma tak nowoczesnego i czystego portu lotniczego. Tam oczekiwaliśmy na nasz lot w kawiarniach i w sklepach wolnocłowych. Warto zajrzeć tam np. do sklepów z markową odzieżą, gdzie oryginalne jeansy kosztują około 120 PLN. Lot na Goa trwa około 60 minut. Lotnisko jest wioskowe, ale można tam zamówić taksówkę przepłaconą. Podróż w rejon Candolim (północne Goa) kosztuje w tym trybie nie mniej niż 850-900 Rs. Szczęśliwie do naszego hoteliku dotarliśmy około 19. Było już po zmroku, więc ograniczyliśmy się tylko do pójścia do sklepu, na plaże i na kolację (też na plaży). Zresztą nasz hotel też był właściwie kilka metrów od plaży, a z okna i balkonu widzieliśmy morze Arabskie.
Dzień trzynasty - 7 listopada 2008 roku.
Cóż mogę powiedzieć o 13. dniu naszej wycieczki. Niewiele. Plaża, jedzenie, plaża, jedzenie, plaża, jedzenie, wycieczka plażą do Fortu Aguada, spanie.
Dzień trzynasty - 8 listopada 2008 roku.
Trzynasty dzień naszej wycieczki upłynął analogicznie jak poprzedni, z tym zastrzeżeniem, że popołudniową porą urządziliśmy sobie wyprawę plażą na północ do Anjuny. Po powrocie z satysfakcją musieliśmy przyznać, że trafiliśmy chyba do najprzyjemniejszego hotelu i na najładniejszy odcinek plaży w tej części Goa.
Dzień czternasty - 9 listopada 2008 roku.
Tego dnia do południa leżeliśmy na plaży i kąpaliśmy się w morzu, a popołudnie przeznaczyliśmy na wycieczkę do Panji i Old Goa. Niestety nie udało nam się wynająć skutera, bo wypożyczalnie w pobliżu naszego hotelu miały wynajęte tego dnia nie dysponowały wolnymi pojazdami. W związku z tym zalecam zarezerwowanie sobie motorka na określony dzień lub dni tuż po przyjeździe, bo później może być krucho. Cena wynajęcia małego skutera (Honda Activia w b. dobrym stanie na dzień to około 200-250 Rs plus koszt paliwa).
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz