Po krótkim przemyśleniu uznałem, że Hong Kong i Macau są tak bardzo ciekawymi miejscami i jednocześnie tak odrębnymi od Chin właściwych, że zasługują na odrębny artykuł i omówienie.
Po przylocie i wylądowaniu daliśmy się na przystanek autobusowy znajdujący się tuż przy budynku lotniska. Samo lotnisko jest bardzo dobrze skomunikowane z centrum miasta. Można skorzystać m. in. z szybkiej kolejki (jest to opcja nieco droższa od autobusu). Po wyjściu z lotniska od razu poczujemy, że to jest tropik, koszula natychmiast lepi się do ciała, a wilgoć w powietrzu jest bardzo wyczuwalna. Bilet kupujemy w okienku przy przystanek podając nazwę przystanku do którego chcemy dojechać. Już sam autobus uświadamia nam wpływy brytyjskie. Jest to typowy doubledecker, spostrzeżenie to potwierdza także lewostronny ruch (w Chinach i Makao obowiązuje ruch prawostronny). Autobusem dojechaliśmy w kilkadziesiąt minut do centrum i zaczęliśmy poszukiwać naszego hostelu. Bez większych kłopotów odnaleźliśmy budynek. I tu okazało się, że jest to ogromny budynek mieszkalny w którym recepcja naszego hotelu znajduje się na 3 piętrze, a nasze pokoje na 7. piętrze. Do naszej dyspozycji było małe mieszkanko składające się z przedpokoju, łazienki, i dwóch malutkich pokoji w układzie amfilady. Łącznie 5 łóżek. Okno wychodziło na uliczkę w morze, ale się nie otwierało. Rano mogliśmy obserwować staruszka ćwiczącego na małym balkoniku wśród suszącego się prania Tai Chi. Na szczęście w mieszkaniu była sprawna klima, która pozwalała na spokojny na i wypoczynek. Mogliśmy ponadto korzystać ze wspólnej z jeszcze jednej wspólnej łazienki i kuchenki. Na szczęście w naszym hostelu nie przyjął się innych angielski patent, a to osobne krany na ciepłą i zimną wodę:).
Po krótkim odpoczynku i kąpieli, w moim przypadku oczywiście w zimnej wodzie, udaliśmy się na wstępny rekonesans okolicy. Mieszkaliśmy przy Paterson St. Umożliwiało zatem odbywanie bezpośrednich pieszych wędrówek po najbliższej okolicy. W pobliżu była też stacja metra (metro w Hong Kongu to temat na osobną opowieść; ja osobiście jeszcze nigdy nie widziałem tak kosmicznie nowoczesnego systemu komunikacji podziemnej; jest ono także całkowicie idiotproof oraz w całości klimatyzowane).
Nie ma sensu opowiadania którymi ulicami chodziliśmy. Każdy zainteresowany Hong Kongiem sam sobie wybierze, to co go najbardziej interesuje. Moim zdaniem żelaznym punktem wizyty w Hong Kongu powinny być:
- Wyjazd tramwajem na Victoria Peak, najlepiej w godzinach wieczornych, gdyż widok rozświetlonego miasta jest nieziemski. Należy mieć jednak świadomość, że czeka nas kolejka po bilet i do wagonika, ogromny tłum na balkonach na górze. Ale z pewnością warto tu przyjechać, poprzepychać się i przywieźć ze sobą statyw, aby zrobić kilka zdjęć Hong Kongu w ferii świateł. Jeżeli zamierzamy jechać na dół tramwajem (na tym samym bilecie), to odradzam czekanie w ogromnej kolejce w budynku na szczycie. Lepiej jest pójść wzdłuż budynku asfaltową drogą kilkaset metrów na dół, aż trafimy na stację pośrednią, która powinna być pusta). Jest tam specjalny dzwonek, który należy nacisnąć, aby tramwaj się dla na zatrzymał. Z Victoria Peak można też okrężną, ale bardzo atrakcyjną, drogą zejść do miasta.
- Koniecznie trzeba się pokręcić trochę centrum administracyjno finansowym, a także pooglądać i skosztować serwowanych na ulicy różnych potraw. Bardzo ciekawa jest starsza część Hongkongu z bardziej tradycyjnymi restauracjami i targiem rybnym.
- Atrakcją samą w sobie jest przejażdżka starym piętrowym tramwajem. Trzeba mieć odliczoną kwotę, najlepiej w bilonie, którą wrzucamy do skrzynki przy motorniczym. Cena jest jednolita niezależnie od długości przejazdu.
- Koniecznie trzeba się także wybrać na Kowloon. Bardzo ciekawy jest już sam widok panoramy miasta widziany z widokowego tarasu w rejonie Clock Tower oraz spacer handlową Nathan Road i jej przecznicami. Koniecznie też trzeba zapuścić się na Targ Nefrytów (zamykany dosyć wcześnie, bo ok. 18.). Idąc tam Temple St. Trzeba rozważyć wizytę w jednej z restauracyjek serwujących owoce morza. Nie są to może lokale rodem z przewodnika Michelin, ale wszystko jest świeże i w rozsądnej cenie.
Wizytę w Macau najlepiej zaplanować dzień wcześniej, gdyż wymaga to zakupu biletów na speedboat. Sama podróż (niezależnie, czy z Island, czy z Kowloon) trwa ok. 1 godziny. Z portu możemy zabrać się do centrum jednym z darmowych busów, które wożą podróżnych do kasyn. Nic to nie kosztuje, a przy okazji można sobie obejrzeć słynne jaskinie hazardu. Odległość pomiędzy portem promowym a miastem nie jest także tak duża, aby nie można było jej odbyć pieszo. W porcie spotkamy także wiele osób oferujących samochód z przewodnikiem. Nie jest to droga usługa, zwłaszcza jeżeli złoży się na nią kilka osób. Jednakże Macau jest na tyle niewielkie, że z powodzeniem możemy je zwiedzić samodzielnie z jakimkolwiek przewodnikiem w ręku. Do obowiązkowych atrakcji Makao należy niewątpliwie zaliczyć: kasyna (trzeba odwiedzić przynajmniej jedno, ale w przeciwieństwie do Las Vegas fotografowanie czegokolwiek w środku jest ściśle zabronione), ikonę Makao - ruiny (fasada) bazyliki Św. Pawła, Twierdzę, przepiękną bibliotekę (warto wejść dla ochłody i z powodu niezwykłego uroku tej starej europejskiej biblioteki w portugalskim budynku w południowo - wschodniej Azji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz